Najważniejszą rolę w życiu prawdziwego Amerykanina odgrywają hamburgery. Stawiam tę śmiałą, acz gruntownie przemyślaną tezę, nie bez poczucia dumy. Źródła namiętnego stosunku Amerykanów do kotleta w bułce odkryłem osobiście, posługując się niemal wyłącznie metodami empirycznymi. Jedynie w marginalnym stopniu wsparłem się analizą ogólnie dostępnych źródeł pisanych oraz swoją - nieskromnie powiem - przenikliwą intuicją.

Ta intuicja powiedziała mi, że miłość prawdziwych Amerykanów do hamburgera zrodziła się z nienawiści. Tak, mój drogi czytelniku, tego nie da się nie zauważyć, prawdziwy Amerykanin nienawidzi… sztućców. Pałeczek zresztą też. Grzebanie łyżką, widelcem albo drewnianym patykiem w talerzu jest poza godnością bohatera mojej dzisiejszej opowieści. A skąd ta nieposkromiona niechęć do sztućców, talerzy i całej tej głupiej jedzeniowej celebry?

Jeśli tego nie wiesz, to wyobraź sobie, drogi czytelniku siebie za kierownicą samochodu, z porcelanową zastawą na swoich kolanach, widelcem w lewej i nożem w prawej dłoni. Jedziesz sobie spokojnie highwayem, odkrawasz kęs swojego, wysmażonego well done kotleta, z namaszczeniem kierujesz swój kęs w stronę swoich ust, a tu nagle, kurwa trzeba skręcać, bo akurat po stu milach prostej drogi, pojawia Ci się przed oczami pieprzony zakręt. Porzucasz nóż, widelec wbijasz sobie w udo, żeby się nie zgubił i w ostatniej chwili chwytasz za kierownicę. Nie mów, że takie przeżycie nie pozostawiłoby w Twojej psychice traumatycznego śladu.

Jeśli, mój szanowny czytelniku, jesteś zwykłym Europejczykiem, to może przyjść ci do głowy głupie pytanie, dlaczego miałbyś swój dinner spożywać w aucie. Rozwieję Twoje wątpliwości. To rzeczywiście głupie pytanie. What the fuck, a gdzie niby i kiedy – jeśli byłbyś prawdziwym Amerykaninem – miałbyś zjeść cokolwiek, jeśli nie w samochodzie? Mieszkasz na przedmieściu, do pracy, jak nie ma korków jedziesz godzinę. Ale korki są zawsze, więc jedziesz dwie. Wypad autem na zakupy do pobliskiego marketu to kolejne dwie godziny, więc razem z odbiorem dziecka ze szkoły mamy dodatkowe trzy.

Nie ma lepszego miejsca na dinner i breakfast niż samochód. Lunchu nie jesz, bo jak? Z roboty się nie wyrwiesz, a w robocie czasu na nic nie ma. Chyba, że z ciebie żaden prawdziwy Amerykanin, tylko taki fałszywy cacanek, co to na business lunche w ramach networkingu chadza, bowla (czyli miskę) z sałatą dla szpanu – bo przecież nie dla kulinarnej uciechy – zamawia, a potem jeszcze wyskakuje do parku na jogging. W takich obcisłych, obrzydliwych trykotach. What the hell is this shit?

Prawdziwy Amerykanin żadnej durnej sałaty ani innej pieprzonej zieleniny jeść nie będzie. Warzywa jak najbardziej, ale z warzyw tylko frytki, najlepiej w zestawie! Jeśli uważasz, że frytki to nie jest warzywo, to dowiedz się, ignorancie z czego frytki się robi. No przecież z ziemniaków. Poczytaj trochę, wiedzę podreperuj, wtedy zrozumiesz, że ziemniaki to warzywo i to nie byle jakie, bo z rodziny Solanum, tej samej co pomidor i bakłażan. A właśnie, pomidor. Plasterek pomidora plus ewentualnie krążek cebuli jako dodatek do hamburgera to jak najbardziej. Ale tylko plasterek, bo jeśli więcej pomidora to już tylko w postaci ketchupu. Tak, ketchup jest cool.

Czy ja cię, szanowny czytelniku nazwałem ignorantem? I am sorry very much! Trochę mnie poniosło. Ale jakbyś tyle cholesterolu przyjął, co ja przez ostatnie dwa tygodnie, zgłębiając tajemnice sukcesu hamburgera w codziennym menu prawdziwego Amerykanina, to też wzięłaby Cię cholera. No i żeby to się tylko na wysokim cholesterolu skończyło. Niestety, w służbie nauce musiałem poświęcić również swoje wyjściowe trzy polówki, dwa t-shirty, dwie pary jeansów oraz ulubione spodenki marki Gap. Wszystko uświnione, utytłane, utaplane. Żadna pralnia nie dała rady usunąć plam.

Nie wiem jak ci prawdziwi Amerykanie to robią, że im te mieszanki sosów z ketchupem i roztopionym serem nie zalewają garderoby, a co najwyżej świnią palce i kąciki ust. Prawdopodobnie kryją się za tym długie lata praktyki. Sądzę, że małe, prawdziwe Amerykaniątka zaraz po urodzeniu odstawiane są od cycka i karmione hamburgerami, być może z mlekiem zamiast ketchupu i z dodatkiem płatków kukurydzianych zamiast cebuli, tak dla złagodzenia smaku. A dlaczego by nie? Są w Ameryce burgery wołowe w pączkach (Luther burgers) mogą być i z mlekiem.

Amerykanie zjadają rocznie około 50 miliardów hamburgerów. Not so bad. No, ale my, prawdziwi Polacy też sroce spod ogona nie wypadliśmy, nie jesteśmy papugą narodów ani nie jesteśmy gęśmi, więc swój własny fast food mamy, czyli kebab. U nas kebab wygrywa i z hamburgerem, i z pizzą. Jemy około 5 milionów kebabów dziennie. Rekordziści (pojedyncze konta na pyszne.pl) zamawiają rocznie ponad 800 kebabów w ciągu roku. Great! Tylko schabowego żal. I sztućców.

Jeśli, drogi czytelniku, zrodziło się w twojej głowie pytanie po co napisałem ten felieton, odpowiadam: to taka moja mała zemsta za te wszystkie „polish jokes”.

Zbigniew Skarul

 

Prestiż  
Kwiecień 2026